Rozdział 11 - Czarne węże

niedziela, 26.lipica.2009, 13:48
Jak widać wróciłam z obozu :). Było fantastycznie! Ale teraz do dzieła. Napisałam nowy rozdział. Co do kwestii 'masła maślanego'... cóż, nadal uważam, że tak to mniej więcej wygląda. Ale doprowadzę tę historię do końca. A przynajmniej pierwszy tom. A co będzie później - się zobaczy ;).




Nie pamiętam czy się ocknęłam, bo miałam wrażenie, że wszystko jest tylko na pół jawie. Leżałam na jakieś bardzo twardej podłodze. Chyba kamiennej. Widziałam czarny, obślizgły sufit. Wstałam. Znajdowałam chyba w jakiś lochach. Wszędzie panowało wilgotne powietrze i półmrok. Aby się nie przewrócić dotknęłam jedną ręką ściany. Obrastały ją mokre glony i mech. Wzdrygnęłam się. Co to w ogóle za miejsce? Nie chciałam tutaj być. Musiałam się jak najszybciej stąd wydostać. Przede mną ciągnął się długi, czarny tunel. Czyżby to on właśnie prowadził do wyjścia?
Coś zawarczało.
Poczułam lęk. Zostać, czy uciekać?
Przywarłam do lepkiej ściany oddychając najciszej jak tylko potrafiłam. Słyszałam jak coś nieustannie zbliża się do mnie. Z ciemności wyłoniła się para czerwonych ślepi. Okalała je srebrna poświata. Wielki, włochaty wilk był już bardzo blisko. Gdzieś go już widziałam, ale mój umysł był tak przytłoczony strachem, że natychmiast zgubiłam gdzieś to spostrzeżenie. Zwierzę stawiało łapy mocno na ziemi za każdym razem stukając długimi, twardymi pazurami.
Był zaledwie dwadzieścia metrów ode mnie. Ogarnęła mnie panika. Nagle, na nic nie zważając rzuciłam się pędem do ucieczki. Już po pierwszych krokach zabrało mi tchu. Słyszałam, że i bestia zaczęła biec. Nie mogłam się poddać. Człap, człap, człap. Dźwięki roznosiły się po całym tunelu.
Potknęłam się o odstającą płytkę i runęłam jak długa na ziemi. To był koniec. Nie miałam szans się uratować. Zacisnęłam oczy czekając na bolesną śmierć. Ogromny wilk odbił się od ziemi. Czy miał za chwilę rzucić się na mnie? Poczułam nad głową świstające powietrze. Ciężar opadł w dół. Nic nie poczułam. Otwarłam oczy. Wilk biegł nadal. Dlaczego? Dlaczego mnie nie zabił? Na pewno musiał mnie zauważyć!
Dopiero gdy całkiem zniknął w ciemnościach trochę oprzytomniałam. Zdałam sobie sprawę, że strasznie boli mnie kolano. Ubiłam je sobie upadając. Co to wszystko miało znaczyć? Z dala rozległo się wycie bestii. To był jakiś horror. Bardzo ostrożnie wstałam i otrzepałam się.
Co miałam teraz zrobić? Nadal iść, czy tutaj stać? Musiałam się wydostać z tego dziwnego miejsca, a na to, że ktoś mnie tu znajdzie, szanse były nikłe. Chyba, że zrobiłby to znów ten wilk. Zgryzłam wargę i ruszyłam dalej. Korytarz ciągnął się niemiłosiernie. Minęła minuta, godzina, dwie. Przejście cały czas prowadziło prosto. Ani na moment się nie zawahało w prawą, lub lewą stronę.
Zaczynały boleć mnie nogi. Co więcej kolano zaczęło puchnąć. Strasznie piekło. Od tej wilgoci zrobiło mi się niedobrze. Czułam stęchliznę. Na moment zamknęłam powieki.
Ciszy szept dotarł do mych uszów.
- Nie… nie… nie…
Gdy otwarłam oczy, zobaczyłam przed sobą drzwi. Dałabym głowę, że wcześniej ich nie było. Nacisnęłam klamkę. Otworzyły się bez większych problemów. Weszłam do wielkiej, pustej komnaty. W miejscu najbardziej przyciemnionym, w kącie, zobaczyłam jakąś posturę. Podeszłam nieco bliżej. Na chwilę mnie sparaliżowało. To był Kai. A może bardziej… trup Kaia? Siedział skulony. Głowę przechyloną miał w prawo. Usta lekko zaciśnięte. Posiniaczona twarz jak zwykle była blada.
Gdy podeszłam bliżej wzdrygnął się. Nasze spojrzenia się spotkały. A jednak żył. A przynajmniej takie sprawiał wrażenie. Jego oczy wyglądały jak u osoby martwej. Puste, bez żadnego przebłysku w środku. Patrzył na mnie płytko. W ogóle nie oddychał. Uchylił ostrożnie wargi.
- Nie… nie… nie… - szeptał.
- Kai, wstań – powiedziałam łamiącym się głosem. – Słyszysz?
Wyciągnęłam do niego rękę. Nawet na nią nie popatrzył. Powtórzył tylko:
- Nie… nie… nie…
Nachyliłam się i objęłam go. Chciałam go stąd jakoś wyciągnąć. Musiałam go ratować. Przecież on mógł w każdej chwili umrzeć! Nie sprzeciwiał się. Jego chude ciało opadło w moje ramiona jak wypchana kukła.
Coś nagle przeraźliwie syknęło. Automatycznie zadrgałam i puściłam chłopaka. Znów oparł się o ścianę zawieszając głowę. Zamarłam. Z cienia wypełzał ogromny, czarny wąż. Był długi, ale chudy. Owinął się wpierw wokół ręki Kaia, później ramienia, szyi. Trzymał swój trójkątny łeb tuż nad ledwo żywym sercem. Wyszczerzył do mnie kły, gotowy do ataku. Kai nie poruszył się.
Zdesperowana, pokonując strach, chciałam go zrzucić z przyjaciela. Jadowite kły omal nie przecięły mojej skóry. Po chwili zauważyłam drugiego gada. Prawie niczym nie różniącego się od poprzedniego. Ten z kolei poruszał się po jego nogach. Tuż po nim pojawił się trzeci, a później czwarty. Było ich coraz więcej.
- Zostawcie go w spokoju! – krzyknęłam.
Nie, nie mogłam na to pozwolić! Wolałam zostać ukąszona, niż patrzeć jak Kai umiera.
Dopiero po chwili zdałam sobie sprawę, że cień coraz bardziej się rozszerza, ciągnąc chłopaka w otchłań. Ostatnimi siłami wyciągnął dłoń w moim kierunku. Chciałam ją złapać, ale było już za późno. Zniknęła w czarnych czeluściach. Rozpłynął się.
- Nie! Kai! – wrzeszczałam.
Mroźne powietrze ogarnęło całą komnatę. Przy każdym oddechu z moich ust wydobywała się para.
- Przestań krzyczeć – szepnął ktoś bardzo cicho.
Rozglądnęłam się wokół. Nikogo nie było.
- On jest mój… - Znów to samo.
Tym razem na pewno się nie przesłyszałam.
- Kim jesteś?! Pokarz się!
- Ależ ja się nie ukrywam… Ja jestem wszędzie…
Przełknęłam ślinę.
- Jest mój… pamiętaj…


Zerwałam się. Nagle zakręciło mi się w głowie i znów upadłam. Otworzyłam oczy, ale wszystko wirowało. Ktoś położył na moim czole dłoń.
- Spokojnie… co za głupota tak niespodziewanie zrywać się ze snu! – Znałam ten głos.
- Ciocia Abby? – jęknęłam.
Wszystko mnie bolało.
- A któżby inny? – zadrwiła.
Powoli wszystko się uspokajało. Zobaczyłam nachyloną nad sobą kobietę.
- Dobrze cię widzieć – rzekłam jak najbardziej szczerze.
Czułam, jakbym miała w ustach starego trampa. Nawet oddychanie sprawiało mi trudność.
- Twoi przyjaciele powiedzieli mi co się stało.
- A co się stało? – wybąkałam.
Naprawdę nie potrafiłam sobie przypomnieć wcześniejszych wydarzeń. Ciągle słyszałam w głowie ten dziwny szept. Czy to był zwykły sen?
- Zemdlałaś. Ale to się nie umywa do tego, co zrobiłaś wcześniej! Jak mogłaś wymknąć się w środku nocy z domu?! Wiesz, że jestem wyrozumiała… ale przecież, gdyby coś ci się stało, to twój ojciec…
- Mój ojciec nie zadzwonił do mnie ani razu, odkąd mieszkam w Jamestwon, więc nawet nie próbuj mnie przekonywać, że by się załamał, jasne? – burknęłam.
Nie chciało mi się słuchać jej pretensji. Abby umilkła i westchnęła. Mówiłam prawdę. Nie zadzwonił nawet jeden raz. Skrzynka na maile także była pusta.
- Boli mnie kolano – westchnęłam.
Nieprzyjemny ból nadal pulsował.
- Ubiłaś je, gdy upadałaś w domu Kaia Holfa.
- A właśnie, gdzie jest Kai? – po raz kolejny zerwałam się z całych sił.
Szybko tego pożałowałam, bo ogarnął mnie odruch wymiotny.
- Wyszedł zaraz po tym jak cię tu przyniósł. Wyglądał na bardzo zdenerwowanego. Słowo daję, że trzęsły mu się ręce. Przyszedł razem z Burtem Beeghlem, który czeka w salonie. Upierałam się, żeby wrócił do domu, ale on wolał zostać i upewnić się, że wszystko z tobą w porządku. W dodatku czuwał przy tobie całą noc.
Uśmiechnęłam się. Niby jak miał wrócić do domu, skoro mieszkał u mnie na drzewie?
Drzwi uchyliły się lekko. Zobaczyłam w nich znajomą, czarną czuprynę. Mój przyjaciel oparł się jedną ręką o ścianę i wpatrywał we mnie trochę nerwowo. Widząc, że już mi lepiej, odetchnął z ulgą. Gdy tylko ciotka go dostrzegła natychmiast wstała.
- Idę zagotować wodę na herbatę. – Puściła do mnie oko.
Przewróciłam oczami. Ona nadal zawzięcie wierzyła, że łączy mnie z nim coś więcej niż przyjaźń.
Gdy tylko wyszła, Burt zbliżył się i usiadł na ziemi, tuż obok łóżka.
- Co się stało? – zapytałam. – Dlaczego, gdy zobaczyłam to znamię zemdlałam?
Chłopak przez krótką chwilę musiał się namyśleć. W końcu westchnął.
- Nie mam pojęcia. Pierwszy raz spotkałem się z czymś takim. Ogólnie ta cała historia bardzo brzydko mi pachnie.
Wstrzymałam oddech.
- Twierdzisz, że Kai kłamie? – zdziwiłam się.
Jak mógł tak myśleć? Przecież płomiennowłosy opowiadając ją, niemal drżał. Najlepszy aktor nie umiałby tak świetnie grać.
- Nie. Uczyłem się rozpoznawać kłamstwa. Nie o to chodzi. Nie podoba mi się fakt, że wystąpiła w tej historii ta klątwa i znamię. Słyszałem kiedyś o czymś takim, ale... – Nagle umilkł.
Czekałam w napięciu, aż powie coś więcej, ale on zamiast tego oparł się o materac i zamknął oczy. Zdenerwowałam się.
- Burt! Dokończ!
- Nie powinienem – mruknął.
Szturchnęłam go jedną ręką. Otworzył oczy, ale nie popatrzył na mnie. Wpatrywał się we własne nogi.
- No dobrze, ale wiec, że łamię regulamin – bąknął.. – Klątwa to najbardziej paskudna rzecz, jaką można wyrządzić człowiekowi. Zabroniono ich rzucanie ponad pięćset lat temu. Nie można tego robić w nawet najbardziej drastycznych przypadkach. Głównie dlatego, że nie da się ich złamać i zawsze niosą za sobą jakieś drugie konsekwencje… a poza tym… taki rodzaj czarnej magii zupełnie wyniszcza duszę. Nie wyobrażam sobie jak trzeba być zimnym i twardym, by zrobić coś tak okrutnego małemu dziecku, takiemu jak w przypadku Holfa. I jest jeszcze coś. Nie można tak pochopnie rzucać klątw. Ten kto się na to odważy, wiedzie potem ciężki żywot po śmierci. Jeśli ktoś jest w stanie to zrobić, musi mieć dobry powód. Problem w tym, że go nie widzę. No bo w końcu po co przeklinać chłopca, zupełnie pozbawionego magii, nie mającego żadnych korzeni w Riversen, czy jakieś innej…
- Riversen? – przerwałam mu.
Burt nagle się otrząsnął i zdał sprawę, że powiedział zdecydowanie za dużo.
- Po prostu zapomnij o tej nazwie, dobrze?
- Kiedy ja nie chcę o niej zapominać – nachmurzyłam się.
Od razu było pewne, że nic więcej z niego nie wyciągnę. A jednak jeszcze przez moment ostro wpatrywałam się pytająco w jego oczy. W końcu westchnęłam.
- I tak się kiedyś dowiem, co to jest – mruknęłam.
- I tak kiedyś będziesz musiała się dowiedzieć – dodał tym samym tonem.
Trochę mnie tym zszokował. Wyszczerzyłam do niego zęby. Przypomniałam sobie o jeszcze jeden rzeczy.
- Burt, miałam strasznie dziwny sen. Trochę mnie zmartwił, bo na ogół nic mi się nie śni. Tymczasem ten dzisiejszy był bardzo realistyczny. Nawet teraz mnie bolą miejsca, które sobie w nim ubiłam. – Przypomniałam sobie o kolanie. – Widziałam srebrnego wilka, jestem pewna, że kiedyś już mnie nawiedził w nocy, oraz Kaia, oplecionego przez długie, obślizgłe węże. A zaraz przed tym, jak się obudziłam, jakiś szept powiedział, że on należy do niego i…
Burt położył palec na moich ustach.
- Zapewniam cię, że to był tylko zwykły sen. Nic mu nie jest. Strasznie pobladł, gdy zemdlałaś, ale to wszystko. Przeżyłaś straszny szok, nic dziwnego, że masz koszmary.
- Muszę z nim porozmawiać – stwierdziłam szybko.
- Na razie, jedyne co musisz, to leżeć w łóżku i odpoczywać. Zresztą twoja ciotka chybaby mnie ukatrupiła, jeśli pozwoliłbym ci gdzieś iść. Dlatego kładź się pod kołdrę.
- Nie ma mowy! – zezłościłam się.
To było dla mnie zbyt ważne, by móc to odłożyć na potem. Tak więc, nie zważając na protesty Burta wstałam z łóżka. Tym razem zrobiłam to ostrożnie, więc nie zachwiało mi się w głowie. Włożyłam pierwszą, lepszą bluzę i prawie wybiegłam z domu. Czarnowłosy ruszył za mną.

Nie musiałam długo szukać Kaia. Siedział na ławce, przy pierwszym zakręcie od osiedla bliźniaków i mojej Mandarynki. Był bardzo zdenerwowany. Gdy tylko mnie zobaczył wypuścił głośno powietrze z płuc. Wstał i podszedł do nas szybkim, ale trochę chwiejnym krokiem. Ledwo trzymał się na nogach.
Dałam Burtowi znak, by zostawił nas samych. Bardzo niechętnie oddalił się na kilkadziesiąt metrów.
- Dobrze, że nic ci się nie stało – powiedział bardzo niepewnie. – Wyglądałaś jakbyś zaraz miała wyzionąć ducha.
Nie odpowiedziałam. Popatrzyłam mu prosto w oczy. Kai nerwowo odwzajemnił spojrzenie. Bał się.
- Jesteś pewna, że tego chcesz? – spytał po dwóch chwilach ciszy. – Chcesz się przyjaźnić z kimś takim jak ja?
- Wiesz… nim spotkałam Burta, nigdy nie miałam przyjaciela. Wiem jak to jest. Jedyne, co dostawałam od ludzi, to puste, bezbarwne uśmiechy. Nienawidziłam ich. Dopiero tutaj, w Jamestwon, wszyscy traktują mnie jak… jak po prostu Carmen, a nie córkę pana Greena. A ty… gdy na ciebie patrzę, widzę Kaia, a nie chłopca z klątwą. Pozwól by tak zostało. Nie uciekaj przed moim dotykiem. Zależy mi na tobie i chcę żebyś był szczęśliwy. Ja… dla tego twojego szczęścia jestem w stanie zaryzykować wszystko. Pozwól sobie w końcu pomóc.
Złapałam go za rękę.
Jego usta delikatnie zadrżały.
- A co jeśli… umrzesz? Tak samo jak Tim?
- Mam przeczucie, że wszystko będzie dobrze. Nie boję się. Naprawdę.
Przez cały czas chłopak nie spuszczał ze mnie wzroku. Z oddali ze stawu leżącego za Mandarynką, dochodziły skrzeki żab. Na horyzoncie pojawiły się pierwsze, świetliste promienie słońca. W tamtej części nieba obłoki były już bladoniebieskie, wyróżniające się wśród ciemnoszarych, nadal pozostających w mroku nocy. Gwiazdy powoli wygasały, zupełnie jakby zamykały oczy odchodząc we własny świat snów i marzeń. Wiatr powiewał lekko nasze włosy. Zdałam sobie sprawę, że Kai jest naprawdę niezwykły. Zadarty nos i piegi dodawały mu uroku. Obydwoje nieco zbliżyliśmy się do siebie.
- Kai… nie uciekaj mi już nigdy, proszę… - wyszeptałam.
Nasze serca zaczęły bić bardzo szybko, równym tempem. Choć twardo stałam na ziemi, myślami i duszą pływałam w zielonym kolorze jego oczu.
- Po prostu bądź… już zawsze… - mówiłam nadal.
Nasze usta były coraz bliżej. Czułam tuż obok jego ciepły oddech. Delikatnie mnie objął. Byłam zarazem pełna strachu, jak i niespotkanej wcześniej pewności siebie. To było fantastyczne. Otwarłam usta jeszcze raz, by coś wyszeptać, ale zamiast tego przyłożyłam je do warg Kaia.
Nagle coś strzeliło. Zupełnie jakby ktoś złamał bardzo grubą gałąź. Oderwałam się od chłopaka i spojrzałam w tamto miejsce. Kai przytrzymał mnie mocniej. Także był zdenerwowany.
W naszym kierunku zbliżało się bardzo dziwne stworzenie. Przypominało trochę połączenie ropuchy i jaszczurki. Rozmiarami doganiało małego psa. Posuwało się na czterech, raczej krótkich i cienkich kończynach zakończonych trzema pazurami i błonką między nimi. Jej Łuski były bagnistego koloru, a ogromne ślepia czarne jak dwa węgle. Z tyłu ciągnął się długi ogon.
Potworek miał także podłużny pyszczek, z którego wystawały drobne kiełki. Cała główka wyglądała na za dużą w porównaniu do ciała. W dodatku w okolicach uszu wystawało kilka ostrych szpikulców także obleczonych lepką błonką. Zrobiłam krok w tył. Zwierzę syknęło na mnie groźnie, następnie spojrzało na Kaia.
Być może się tylko przesłyszałam, ale wydawało mi się, że zasyczało:
- Kaish Ash…
- Co to jest? – wyjąkałam.
Na mój głos jaszczurka oderwała wzrok od rudowłosego i znów wbiła ślepia we mnie. Wyszczerzyła zęby. Dopiero teraz odczułam wrażenie, że muszą być bardzo ostre i pełne jadu. Gad nastroszył się. Wyglądał teraz naprawdę groźnie. Cofnęłam się o dwa kroki w tył. Byłam pewna, że to coś zaraz na mnie skoczy.
- Spokojnie – powiedział nagle Burt.
Stał tuż przy mnie. Popatrzył się w moje oczy. Najwyraźniej mocno nad czymś myślał. Nie było wiele czasu, ponieważ i on nie przypadł go gustu stworzeniu. Wziął głęboki oddech i rzekł:
- Spera.
Popatrzyłam na niego pytająco, ale on mnie zignorował. Podniósł ręce na wysokość klatki piersiowej. Na moment zacisnął palce. Nim się obejrzałam trawa wokół zwierzęcia zaczęła płonąć. Jaszczurka rzuciła mi pogardliwe spojrzenie i uciekła w stronę stawu.
Zarówno ja, jak i Kai, nawet nie drgnęliśmy. Patrzyliśmy się na Burta. Ten spuścił głowę. Szukał odpowiednich słów. W końcu cicho zaklął.
- Nie pytajcie o to, co się tutaj stało.
Wycofał się i bardzo szybko pobiegł w przeciwnym kierunku od Mandarynki. Moje oczy cały czas były szeroko otwarte, a usta uchylone.
- Widziałeś to, prawda? – wolałam się upewnić, czy nie miałam omamów.
Skinął głową. Przynajmniej on wyglądał ode mnie o wiele bardziej spokojnie.
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:


.....



| Szablon wykonała Czekoladowy0banan dla Białych Puzzli ^^ |


A r c h i w u m

2009
kwiecień (7)
maj (3)
czerwiec (2)
lipiec (2)




L i n k i

O książce
Bohaterowie
Kilka słów od autorki

Rozdziały
Prolog
1 - Płomiennowłosy
2 - Szkicownik
3 - Piękny nieznajomy
4 - Prywatny ochroniarz
5 - Biała układanka
6 - Lód
7 - Niespodziewany gość
8 - Naszyjnik
9 - Ofiara tłumu
10 - Klątwa
11 - Czarne węże

inne
twilightowo
Recommended
Fachowcy
Rasowe Oceny

Ci, dla których to piszę ;)
Tancerka dla niego ;*
Anastazja74
Agatka296a
Martina
Kasssiula
Kostucha
tajemnice miłości

maplepsychiczna

Mój Profil

Podlinkuj

Dodaj do ulubionych

brak kategorii (12)
O książce (2)
wszystkie (14)






SONDA
Twoja ulubiona postać?

Carmen
Burt
Kai